jak takie serce jak twoje
mogło pokochać moje
jak mogłem wcześniej żyć
Dbają o mnie ci moi koledzy wyjątkowo. Jakbym przypadkiem nie wiedział, gdzie mam ich szukać na lotnisku, to zaraz bym zauważył z daleka, bo drą się jak źle uszyte kombinezony. Oczami przewracam i wzdycham, a potem zarzucam torbę na ramię, chwytam walizkę i ruszam w ich stronę. Kurtkę mam włożoną reprezentacyjną jak oni, to się przecież nijak nie wyprę, że ich znam.
- Co tu się dzieje? – zwracam się do Piotrka, bo akurat geniusz pierwszy z boku stoi.
- Ewka się rozwodzi z Kamilem! – wtrąca się Skrobot, nim tamten zdąży gębę otworzyć.
- No co ty? – dziwię się i zaraz się rozglądam dookoła, bo nie wiem o co chodzi. Jaja sobie ze mnie robią, czy co? Ukryta kamera?
- No – kontynuuje nasz etatowy smarowacz nart. – Przez kafelki w kuchni.
- Idź i zobacz! – dodaje Pieter.
W szoku jestem, bo uwierzyć nie mogę, co się na tym świecie wyprawia. No bo wszyscy mogą się rozwodzić, ale Wy? Taka ładna zgrana para? Nie może być! Przecież on za Tobą świata nie widział. A i Ty taka w nim byłaś zakochana… I co teraz będzie? Zerkam nieśmiało w Waszą stronę, ale odwagi nie mam na tyle, by podejść, bo skąd niby mam wiedzieć, co się robi i mówi w takiej chwili, żeby nie zaszkodzić? I już szukam wzrokiem automatu z kawą, czy innego pretekstu, by zwiać, a wtedy Ty nagle mnie dostrzegasz i biegniesz w moją stronę. Ładne rzeczy! Czyli się już nie wywinę?
- Dejvi! – wołasz z daleka, a potem, kiedy już jesteś bliżej, łapiesz mnie za rękę. – Całe szczęście, że jesteś! Chodź!
Ładnie mi szczęście, jak Ty mnie do swojego męża ciągniesz! No co Ty znowu wymyśliłaś? A może to wszystko znaczy, że z mojego powodu chcesz się rozwieść? Odejść i zostawić Kamila na pastwę losu w takiej chwili? Dla mnie? Jak ja mu w oczy kiedykolwiek spojrzę? Aż mi się zimno robi i czuję, że wpadam w panikę po prostu, bo zupełnie nie wiem, co mam teraz robić. Udawać głupiego? Wyprzeć się? Zaprzeczyć?
Tymczasem Kamil wzdycha na mój widok i oczy do góry unosi, nie wiem, czy bardziej ratunku szuka u niebios, czy mnie prosi o pomoc.
- No sam powiedz, Dejvi! – Zbliżasz się do mnie i pod nos podstawiasz mi telefon, a potem pokazujesz dwa zdjęcia: pierwsze i drugie, drugie i pierwsze. Na obu jasne kafelki. – Miały być pieczarkowe, a są kremowe! Pieczarkowe, kremowe, pieczarkowe, kremowe. No kremowe jak nic! – Spoglądasz raz na mnie, a raz na męża swojego wspaniałego. – Pięknie! Będziemy mieć kremowe kafelki! – perorujesz dalej takim tonem, że zaczynam się zastanawiać, czy takie kafelki, to są zabronione ustawowo? Mandaty za nie wlepiają, czy co?
Rozkładasz ręce bezradnie, usta zaciskasz, a potem zaplatasz ręce i milkniesz, wyraźnie oczekując mojej reakcji. A na mnie się gapi pan Magister z nadzieją w oczach. Podwójny Mistrz Olimpijski, a boi się własnej żony! Tylko w czym właściwie problem? Bo ja chyba nie zrozumiałem.
- No ale co za różnica? – odzywam się wreszcie rozsądnie, bo ktoś powinien w końcu dać przykład kultury należytej i klasy. – Przecież nikt normalny nie zwróci uwagi!
- No jak nie zwróci uwagi?! – wołasz z żalem i ręce załamujesz. – Deeeejvi!
I obrażasz się na mnie zwyczajnie. Zupełnie jak Ba… A nie. Tej to chyba fochy przeszły, bo mi właśnie SMS wysłała, że dziękuje za piękny parasol. I tak to jest poprosić Titusa o zachowanie tajemnicy! Prezent z łaski swojej Baśce przekazał, jak kazałem, ale widać, że zaraz jęzorem wykłapał jej wszystko jak na spowiedzi. Taki z niego judasz, zdrajca przebrzydły i pierwszy kolaborant domorosły. Mam nauczkę, żeby więcej interesów nie robić z idiotami.
- Dzięki, stary – szepcze jeszcze Kamil, a potem przybija mi piątkę i zaraz leci za Tobą, tłumaczyć się z tych kafelków i z tego, że zapomniał zadzwonić i panu Zbyszkowi wytłumaczyć, że kolor trzeba zamienić, bo nie pasuje za nic. A teraz już po ptokach, jakby Pieter powiedział, bo wszystko gotowe, ściana w kuchni cała elegancko wyłożona kremowymi kafelkami.
Wzdycham i kręcę głową z niedowierzaniem, bo jak można się tak pomylić?
śpij bezpiecznie
śpij spokojnie
tutaj w mojej głowie
tutaj w mojej głowie
czekam
Koniec świata. Sam jeden będę z Kamilem skakał w konkursie! Wszystkie matoły popis dały wyjątkowy i pozajmowały ostatnie miejsca. Klakier uklepał równo bulę. Jasiek przegrał z Kazachem i dwoma Koreańczykami, a to już chyba samo o czymś świadczy. Nawet Kamil, Ozłocona Chluba Narodu, gdyby się nie załapał za zasługi awansem, to by zajął zaszczytne miejsce czterdzieste pierwsze. Tuż przed Klemensem utalentowanym. A ja nie dość, że będę musiał wziąć ciężar na siebie i za całą drużynę skakać, to jeszcze muszę bronić geniuszy przed kamerami.
- Co się stało z innymi chłopakami? Czterech nie zakwalifikowało się do konkursu.
A co ja jestem? Asystentka trenera, czy ich prawna opiekunka? Ale co mam zrobić? Widzę, że się nie wykręcę bokiem. Wciągam więc powietrze i zaczynam tłumaczyć:
- Dla Maćka i Kamila kwalifikacja to był pierwszy skok tutaj. Myślę, że to miało dużą rolę, bo Kamilowi ten skok… no też nie do końca wyszedł. No a reszta chłopaków… No cóż… Można powiedzieć, że mieli słabszy dzień, coś im nie zagrało na tej skoczni, no i nie wyszło to tak, jak powinno – przekonuję jak mogę i będę nawet taki dobry, że wezmę w obronę Ziobrę. – Jasiek wcześniej w tych treningowych skokach w miarę sobie radził, tutaj jakiś błąd przy tej kwalifikacji i się nie dostał. Ale myślę, że to nie jest nic strasznego. Po prostu wypadek przy pracy i na pewno się pozbierają i będzie dobrze – uśmiecham się na koniec, wierząc że mi od tego ściemniania nos nie urośnie. Ale w sumie Polo tyle lat gada od rzeczy, a gębę ma taką samą, tylko więcej zmarszczek.
- Może wpływ na ten występ miał ten wczorajszy trening? Bo Łukasz Kruczek mówił, że był jakoś mocny trening wieczorem. Coś takiego mogło mieć jakieś znaczenie, czy nie da się tak powiedzieć w tej chwili? – pyta się znowu pan redaktor i na mnie się patrzy, jakbym był darmową informacją dla dziennikarzy idiotów. A co ja się mam tłumaczyć z fizjologii i anatomii? Przecież ja jestem dopiero na drugim roku studiów!
W końcu udaje mi się wyrwać sprzed szponów kamer, bo zjawia się ktoś lepszy do inteligentnych rozmów: pan Apoloniusz we własnej osobie, więc zaraz okazję wykorzystuję, zarzucam narty na ramię i idę, oddychając z ulgą. Czasami to ręce opadają. Po Falun, ogłosili kryzys formy Kamila, bo śmiał być czwarty, zaraz za podium, a teraz już wieszczą pogrzeb całej drużyny polskich skoczków.
Po drodze mijam Prevca, który nawet idąc na rozgrzewkę zakłada żółty plastron. Kamilowy! Niech się cieszy, póki może, uzurpator. Kręcę głową i już mam skręcać do szatni, gdy dostrzegam na trybunach wielki jak tramwaj transparent: „JESZCZE ZE DWA LATA, JESZCZE ZE DWA LATA DAWID WYGRA Z MISTRZEM ŚWIATA!”. Uśmiecham się szeroko i macham do tych kilku panien, okutanych szczelnie w biało-czerwone szaliki. Całe szczęście, że ja to mam takich fajnych kibiców.
podejdź bliżej, moja droga,
nie musisz się obawiać
nie musisz się obawiać
tutaj w mojej głowie
czekam
Lahti, Lahti i od razu Kuopio. Ledwo Kamil pogonił matołów, wygrał i odzyskał koszulkę lidera, a już nas zapakowali do busa i wywieźli na koniec świata. Się musi Walterowi wyjątkowo spieszyć, że się uparł, żeby codziennie konkursy robić. Ani chwili oddechu. Może planują grilla z Tepesem jeszcze w marcu i muszą jak najszybciej sezon skończyć. W sumie ciekawe kiedy są imieniny Mirana?
Rzucam torbę w kąt pokoju, łóżko fajniejsze zaklepuję, nim się Klemens dzieciuch pokapuje, kurtkę wieszam na wieszaku i rzucam się na pościel, żeby wreszcie odpocząć. Ale nawet kwadrans nie mija, a już Złote Dziecko Skoków zaszczyca mnie swoją obecnością, bo oczywiście znowu nas razem zakwaterowali. Hałasu tyle robi, że choćbym się przekręcił i odwrócił na lewą stronę, to nie zasnę. Całe życie z matołami!
A idę, co sobie będę nerwy psuł.
Korytarz pusty aż dziw. Tak się wszyscy zmęczyli siedzeniem na tyłku w autobusie, że aż grzecznie poszli spać? I święty spokój. No prawie wszyscy, bo w holu siedzą Słoweńcy, grają w karty i zagłuszają ciszę społeczną! Szczerzą zęby wszyscy, tylko Peter w kącie wściekły. Pewnie znowu jest drugi. Cóż, niektórym to ani w skokach, ani w kartach nie jest pisane zwycięstwo. Oczami przewracam, mijając bez słowa słoweńskie towarzystwo, bo tych to chyba nikt nigdy nie wychowa. W sumie nic dziwnego, że trener im wyłysiał.
Najpierw do pokoju pana Multimedalisty zachodzę, ale już w progu się cofam, bo co tu? Imprezka rodzinna, czy co? Siedzą matoły rzędem i zdjęcia pociechy Ziobry oglądają! Dumny Jan rozanielony opowiada, że córcia to i tamto, a Kamil i Pietrek z grzeczności udają, że słuchają. Miny mają takie, jakby zaraz zwiać chcieli, gdzie raki i świstaki zimują i tylko czekają na okazję. W pierwszej chwili nawet mi się ich żal robi, no bo co? Dziecko fajne, niczemu nie winne, ale można zobaczyć jedną fotkę, dwie, no ale nie sto! Przecież na każdym wygląda tak samo! Ale nie będę zgrywał bohatera i matołów z opresji ratował, bo zaraz mnie Jasiek zobaczy i z nimi w rzędzie posadzi na publiczności. Nie ma mowy.
- O, Dawid! A chcesz zobaczyć jak Wiwianka…?
Nie. Zdecydowanie nie chcę!
- Ja tylko… Mańka szukam – wymyślam szybko pierwszy lepszy powód. – Pokoje pomyliłem.
I już mnie nie ma. Zamykam drzwi i oddycham z ulgą. Z dwojga złego, to ja się już wolę spoufalać z obrażalskim Klakierem. Swoją drogą musi być po tym Lahti zupełnie nie do zniesienia, skoro nawet Pieter się od niego ewakuował z pokoju.
Wezmę zajrzę, czy matoł żyje, a co? Taki był wściekły, że nie wiadomo, co kombinuje.
Uchylam drzwi i wkładam do środka łeb, bo już się wyuczyłem w tej kadrze, że nieostrożność to pierwszy stopień może nie od razu do piekła, ale na pewno do szpitala. No i proszę, Największa Gwiazda Facebooka stoi przy oknie i gada przez telefon. Nawet mnie nie widzi.
- Czego jak czego, ale Madrytu zazdroszczę. Świetna sprawa… – mówi podekscytowanym głosem. Nie wiem z kim gada, bo przecież nie podsłuchuję, ale szybko go ten ktoś rozbroił. – Piękne miasto, słońce i Santiago Bernabéu. Ach!
No pięknie. Ale się chłopak rozmarzył. W sumie durnemu niewiele trzeba, żeby mu się humor poprawił. Taki z niego burak nieskomplikowany.
- No, ale powiedz Basiu, nad czym tu się zastanawiać?
Że co słucham?! Jaka znowu Basia?! Natychmiast wzmagam czujność i włażę do środka, nie przejmując się konwenansami. W końcu ktoś Klakiera ustawić do pionu musi. Raz a dobrze! Bo bajerować Baśkę pierwszy, a potem leci facjatą świecić na prawo i lewo, a ja się muszę opiekować ryczącą kujonką. I czemu on głupi o jakimś Madrycie z Baśką rozmawia? Co mu do łba strzeliło znowu?
- No pewnie! Jeszcze na pół roku! Ciężko o lepszą okazję!
Chyba go pogięło całkiem! Mózg mu się zagotował i ściął? Jaki Madryt? Jaka Hiszpania? Jakie pół roku? Do czego on Baśkę zachęca i namawia? A ona nie lepsza! Dopiero co przez matoła oczy wypłakiwała, a już sobie w nim znalazła doradcę życiowego jak ta lala? Rozumu własnego nie ma? Klakier palcem kiwnie, a ta już pojedzie na koniec świata, bo jemu się tak podoba? A ja zostanę całkiem sam jak palma na pustyni albo skocznia w Oslo! Niedoczekanie!
- Ja bym jechał, a nie rozmyślał nie wiadomo o czym!
Tego już za wiele! No przecież mu zaraz lutnę! Niech się burak ugryzie w nos i solą posypie! Jego zaraz na pół złożę, w paczkę zapakuję, znaczek nakleję i do Hiszpanii wyślę. Priorytetem! Będzie wreszcie święty spokój w kadrze narodowej i wszędzie. I Baśka nie będzie więcej przez niego ryczeć! Wymyślili sobie idealne rozwiązanie na kryzys w związku. Pogratulować i brawa bić tylko. Hiszpania! Nie namyślając się już dłużej, podchodzę do głąba prędko, odpycham go z całych sił i wyrywam mu z ręki telefon, bo ktoś powinien tę Baśkę przywołać do porządku.
- Halo! Baśka?! Ty nie pojedziesz do żadnego Madrytu! Zapomnij! – mówię stanowczo na powitanie. Ta aż zamilkała pod drugiej stronie, bo chyba ją na dźwięk mojego głosu zapowietrzyło, czy co. – Chyba nie miałaś głupszego pomysłu! Ubzdurałaś sobie jakąś Hiszpanię! Po co?
- Ale Dawid – odzywa się wreszcie spokojnie, ale jej dojść do słowa nie daję.
- Tam jest strasznie gorąco i duszno! Oddychać się nie da wcale. Sześćdziesiąt stopniu w cieniu! – drę się, używając wszystkich logicznych argumentów, bo już nie mam do niej siły. Uparła się jak Pieter na skoczni. – Ludzie tam nie mówią w żadnym normalnym języku, tylko po hiszpańsku. A czy ty, Baśka, znasz hiszpański? Nie! I w ogóle… No zupełnie bez sensu tam jechać!
- Dawid!
- A ci Hiszpanie wszyscy, to jak muchy do kobiet lecą! Opędzić się od nich nie da! Zero szacunku i zerowy poziom kultury! A kto cię przed nimi obroni? Co? Nikt!
- Dawid, posłuchaj! – wtrąca się znowu kujonka, bo już mnie pewnie chce przekabacić na swoją stronę. Ale ja swój mózg mam, w przeciwieństwie do niektórych!
- To beznadziejny kraj! Daleko! Klimat nie do życia! Po ulicach chodzą byki! Baśka! Przecież tam nawet nie ma skoczni! – kończę rozpaczliwie, bo już nie wiem jak ją przekonać i jej z głowy wybić taki durny pomysł! A przecież nie może wyjechać. Nie ma mowy!
Ta milczy przez chwilę, a potem wzdycha i mam wrażenie, że się chyba ze mnie śmieje.
- Dawid – zaczyna swoim kujońskim tonem. – Ale ja nigdzie nie jadę. O koleżance ze studiów mówiłam. I wiesz…. Ja też cię kocham.
Mocno wciągam powietrze i zupełnie odruchowo się rozłączam. Siadam na łóżku i gapię się jak głupi w ten telefon z wrażenia, bo całkowicie i zupełnie nie wiem, co mam teraz powiedzieć. Jak to? Kocham? Cię? Też? Że ja?
A Klakier matoł stoi nade mną i się śmieje, jakby banana w poprzek właśnie zeżarł. Zadowolony, jakby wygrał z całym klanem Prevców równocześnie. I z czego tak rechocze jak nienormalny?
- Myślałem, że już nigdy do ciebie nie dotrze!
- Co? – pytam głupio i gapię się na niego z otwartą gębą.
- Że Baśka cię kocha, głąbie! – ogłasza takim tonem, jakbym nie rozumiał po polsku. – A ty ją.
Najgorsze, że zaprzeczyć nijak nie mogę, bo chyba wreszcie zaczynam wszystko składać w całość i rozumieć.
jak mogłem wcześniej żyć
jak mogłem być taki ślepy
otworzyłaś moje oczy
otworzyłaś moje oczy
Koniec
--
Koniec. Stało się. Ogromnie jestem ciekawa Waszej reakcji. Kto się już wcześniej domyślił? :))
Polo z dedykacją dla Emmy, a panny okute w biało-czerwone szaliki to Aia i Gosiaczek. Sorry, że do Was nie podszedł, ale śpieszno mu było do szatni. Skocznia sama nie skoczy.
Polo z dedykacją dla Emmy, a panny okute w biało-czerwone szaliki to Aia i Gosiaczek. Sorry, że do Was nie podszedł, ale śpieszno mu było do szatni. Skocznia sama nie skoczy.
No i został jeszcze tylko epilog - niespodzianka.
Spotykamy się tutaj w niedzielę 22 listopada - w dniu pierwszego konkursu indywidualnego Pucharu Świata, ok? Mam nadzieję, że Wam się spodoba.
Będziecie z nami ten ostatni raz?
Aria
